Ćwiczyć... ale jak???
Młode małżeństwo z niespełna 4 miesięcznym płaczącym niemowlęciem czeka w kolejce do gabinetu rehabilitacyjnego. Skierowanie dostali od pediatry, który zwrócił uwagę na to, że dziecko silnie zaciska piąstki i „pręży nóżki”. O położeniu na brzuszek nie ma mowy, maluszek ma spore problemy z kontrolą główki. Na skierowaniu napisane: opóźnienie psychoruchowe. Mama nerwowo próbuje uspokoić maleństwo, tata z przerażeniem spogląda na rodziców czekających przed nimi. Zza drzwi dobiega przeraźliwy płacz małego pacjenta, co potęguje jeszcze atmosferę napięcia. Nie pomagają rozmowy oczekujących rodziców, o tym ile już chodzą do poradni, jakie dziecko ma zaburzenie, ile jeszcze przed nimi. Gdy nadchodzi ich kolej, mama bierze córeczkę na ręce i we trójkę wkraczają do gabinetu, tata ciągnie za sobą wózek. „Ale mama, połóż to dziecko, no niech trochę poleży”- słyszą. Nie nosimy, nie nosimy, pokaż ten wózek, ale te kocyki zabierz, matko boska, po co to dziecku?”. Co my tu mamy? Rozbieraj mama dziecko, pokaż jak sobie radzisz.”
Sytuacja wydaje się przerażająca lecz niestety jest prawdziwa. Z taką rzeczywistością bardzo często zderzają się młodzi rodzice, którzy trafiają z dzieckiem do poradni rehabilitacyjnej. Ogromne kolejki, tłok, płacz innych dzieci, karmienie gdzieś w rogu, brak przewijaka – takie są warunki. Czekamy i czekamy na swoją kolej, z nadzieją, że usłyszymy jakieś słowa otuchy, dowiemy się co się dzieje, jak możemy pomóc, że w ogóle możemy pomóc. Jak na zbawienie czekamy na sygnał „PROSZĘ”, wchodzimy, dzień dobry a tu… I niestety, zwykle nie doczekujemy się tego, co sobie wyobrażaliśmy. Jeżeli dziecko jest na rękach – usłyszymy, żeby nie nosić. Jeżeli dziecko jest w wózku – usłyszymy, że za wysoko głowa. Krótki polecenie żeby rozebrać dziecko, więc kładziemy maluszka na stole do badania. „Gdzie, mama, pieluszkę podłóż, w domu tak na podłodze byś położyła? Przecież tu inne dzieci leżały”. Więc podkładamy – dzięki Bogu, że zabraliśmy z domu. Co było do przewidzenia – dziecko zaczyna płakać, przecież dla niego to kompletnie nieznane miejsce, zapach, osoba. To potęguje nasze zdenerwowanie, próbujemy więc uspokajać, niestety z kiepskim skutkiem. Jednocześnie czujemy wielki opór wobec tego miejsca, wciąż mamy nadzieję usłyszeć, że to jakaś pomyłka, że my tu wcale nie musieliśmy przychodzić, że nasze dziecko jest zdrowe. Że ci wszyscy rodzice czekający pod drzwiami na swoją kolej to jakiś inny świat, nas to nie dotyczy, nasze dziecko jest zdrowe. Dla rodzica to jednak dopiero początek, prawdziwym wyzwaniem jest rozpoczęcie ćwiczeń. Maleństwo ułożone w kompletnie nienaturalnej pozycji, krzyczy w niebogłosy, fizjoterapeuta przytrzymuje je, nie wiadomo po co. Dlaczego tak długo, dlaczego tak uciska? Boże jak moje maleństwo płacze, przecież je to boli!!!!!
Tak tak, z perspektywy rodzica pierwsze wizyty w gabinecie rehabilitacyjnym mogą być bardzo trudne. Głównym powodem jest właśnie brak porozumienia pomiędzy nimi a fizjoterapeutą, brak wyjaśnienia n.t. tego co się dzieje. Rodzice dowiaduję się o konieczności podjęcia rehabilitacji w bardzo różnych sytuacjach – część jest przygotowywana już przez personel szpitala przed wypisaniem do domu. Są jednak rodzice, którzy podczas rutynowej wizyty u pediatry dowiadują się, że dziecko przejawia zachowania nieprawidłowe. W takiej sytuacji muszą poradzić sobie z ogromnym lękiem. Zwykle przeszukują Internet i znajdują najgorsze informacje. Nie bez znaczenia są również opinie babć, cioć – „w naszej rodzinie wszyscy tak mieli” itp. Efekt jest taki, że do poradni rodzice docierają przerażeni. Oczekują wsparcia, otuchy, wyjaśnienia. I niestety często jeżeli nie znajdują tego, a wręcz negatywnie odbiorą sytuację – rezygnują. Oczywiście ze szkodą dla dziecka, ale w tej danej sytuacji, gdzie rodzic musi radzić sobie z tyloma negatywnymi emocjami wydaje mu się, że postępuje dobrze.
Dlatego właśnie tak bardzo ważne jest zachowanie kontaktu pomiędzy specjalistami a opiekunami dziecka zagrożonego niepełnosprawnością. Tłumaczenie mu podejmowanych czynności, tłumaczenie reakcji dziecka. Wyjaśnienie celu ułożenia dziecka w danej pozycji, uciskania określonego punktu. Wytłumaczenie, że ćwiczenia nie sprawiają dziecku bólu, że jego płacz nie wynika z cierpienia. Mój synek przez długie miesiące był rehabilitowany metodą Vojty, jestem jej wielką zwolenniczką i przekonałam się o jej efektach, ale pierwsze ćwiczenia były dla mnie bardzo trudne. A co za tym idzie – były trudne dla mojego synka. Z czasem nauczyłam się reakcji mojego dziecka i zrozumiałam je, zaakceptowałam metodę i sama aktywnie uczestniczyłam w rehabilitacji. Na naszej drodze spotkaliśmy kilku fizjoterapeutów, od takich z historii opisanej na wstępie, aż po wspaniałe osoby z prawdziwym powołaniem do pracy z dziećmi i ich rodzicami. Mówi się, że im starsze dziecko tym bardziej broni się przed ingerencją, jaką stanowią przecież ćwiczenia. Przy zachowanej właściwej relacji dziecko – rodzic - fizjoterapeuta, ich współpracy i otwartości, maluch zaczyna aktywnie uczestniczyć w prowadzonych działaniach, a rodzic widzi efekty. Bez znaczenia jest w tym momencie fakt czy jesteśmy w prywatnym gabinecie, czy w państwowej placówce, jeżeli tylko czujemy się możliwie komfortowo, a przede wszystkim ufamy specjaliście prowadzącemu nasze dziecko.
gratuluje i czekam na kolejne wpisy mam nadzieje ze wielu rodziców którzy mają podobne problemy przeczyta twoj blog, bo na pewno znajdą tu wiele informacji,które dadzą im wsparcie, pisz dalej!!!
OdpowiedzUsuń